aż przyszedł chaos
Chaos w myślach i emocjach nieraz ogarnia mnie bez reszty, a nieraz mogę go tylko obserwować jakby przez mgłę z gwiezdnego pyłu, z oddali, tak że ledwo go widzę.
Jest coś dziwnego i bardzo niemądrego w tym, co łączy mnie z tobą. Czy możemy mówić tu o połączeniu? Kochasz mnie ciałem, głową mnie trochę podziwiasz, trochę otaczasz opieką, sercem tylko czekasz na śmierć. Ja Ciebie kocham tak bardzo ułomnie, bardzo koślawie. Czasem tak pragnę być blisko, czasem tylko czekam aż znikniesz za rogiem, przepadniesz jak szyszka.
Czy tym co nas łączy jest tęsknota za bezwarunkową miłością?
To dziwne, że czułość aż tryska mi z palców. Nie mieści się we mnie. Czasem aż czuję, że zarzyguję nią ludzi, którzy nie mają ochoty. Jednak siebie nie potrafię nią napełnić. Schorowane ręce, ciało napięte do bólu, głowa, która nie odpuści nawet na tyle, by mocniej usnąć. To ja potrzebuję tej czułej opieki, rąk, które ukołyszą w zmęczeniu, obecności, która podzieli się wiarą, że to minie.
Jak można tak bardzo chcieć umrzeć i tak bardzo kochać życie? Nie wiem co jest silniejsze we mnie. Ten smutek, melancholia i poczucie beznadziei to chyba odprysk z wczesnego niemowlęctwa. Tak to czuję, jakby nie było nic poza rezygnacją, jakby świat tracił na nasyceniu barw. Wszystko jest kopią kopii kopii i z każdą kolejną kopią staje się mniej wyraźne, coraz mniej rozpoznawalne.
Byłam taka biedna, taka mała, taka samotna. Czułam że ktoś niby tam jest obok, ale nie ma go dla mnie, ja mogę tylko leżeć i czekać na śmierć. Po prostu nic nie da się zrobić, ten świat nie jest dla mnie. I tak nieraz czuję do dziś. Mój świadomy umysł utrzymuje mnie przy "życiu", podpowiada że to niemożliwe, ale w duchu, w głębi, wszystko jest tak szare, jak przy zachodzącym słońcu w ponury dzień i szarzeje, szarzeje w nieskończoność.
Wiem tylko, że gdybym umiała stanąć z tym bólem, z tą stratą, absolutnie twarzą w twarz, gdybym spojrzała w tą pustkę i poczuła ją w sobie, to mogłabym wreszcie opłakać tą stratę. Płakałabym długo i głęboko, zaciągając powietrze ze wszystkich sił, coraz głębiej i głębiej. A potem poczułabym że to małe ziarno życia, drobne jak nasionko rzeżuchy, wypuszcza korzonek i łodygę, bo wreszcie dostało wody, której tak bardzo potrzebowało.
Jest coś dziwnego i bardzo niemądrego w tym, co łączy mnie z tobą. Czy możemy mówić tu o połączeniu? Kochasz mnie ciałem, głową mnie trochę podziwiasz, trochę otaczasz opieką, sercem tylko czekasz na śmierć. Ja Ciebie kocham tak bardzo ułomnie, bardzo koślawie. Czasem tak pragnę być blisko, czasem tylko czekam aż znikniesz za rogiem, przepadniesz jak szyszka.
Czy tym co nas łączy jest tęsknota za bezwarunkową miłością?
To dziwne, że czułość aż tryska mi z palców. Nie mieści się we mnie. Czasem aż czuję, że zarzyguję nią ludzi, którzy nie mają ochoty. Jednak siebie nie potrafię nią napełnić. Schorowane ręce, ciało napięte do bólu, głowa, która nie odpuści nawet na tyle, by mocniej usnąć. To ja potrzebuję tej czułej opieki, rąk, które ukołyszą w zmęczeniu, obecności, która podzieli się wiarą, że to minie.
Jak można tak bardzo chcieć umrzeć i tak bardzo kochać życie? Nie wiem co jest silniejsze we mnie. Ten smutek, melancholia i poczucie beznadziei to chyba odprysk z wczesnego niemowlęctwa. Tak to czuję, jakby nie było nic poza rezygnacją, jakby świat tracił na nasyceniu barw. Wszystko jest kopią kopii kopii i z każdą kolejną kopią staje się mniej wyraźne, coraz mniej rozpoznawalne.
Byłam taka biedna, taka mała, taka samotna. Czułam że ktoś niby tam jest obok, ale nie ma go dla mnie, ja mogę tylko leżeć i czekać na śmierć. Po prostu nic nie da się zrobić, ten świat nie jest dla mnie. I tak nieraz czuję do dziś. Mój świadomy umysł utrzymuje mnie przy "życiu", podpowiada że to niemożliwe, ale w duchu, w głębi, wszystko jest tak szare, jak przy zachodzącym słońcu w ponury dzień i szarzeje, szarzeje w nieskończoność.
Wiem tylko, że gdybym umiała stanąć z tym bólem, z tą stratą, absolutnie twarzą w twarz, gdybym spojrzała w tą pustkę i poczuła ją w sobie, to mogłabym wreszcie opłakać tą stratę. Płakałabym długo i głęboko, zaciągając powietrze ze wszystkich sił, coraz głębiej i głębiej. A potem poczułabym że to małe ziarno życia, drobne jak nasionko rzeżuchy, wypuszcza korzonek i łodygę, bo wreszcie dostało wody, której tak bardzo potrzebowało.
Komentarze
Prześlij komentarz